Odetchnę rześkim powietrzem spokojnego, mieszczańskiego życia rodzinnego, gdy potwierdzę, że ta potrawa jest dla mnie smaczna, jak - znany już - pieróg ze śmietaną. Inteligencja wymaga ode mnie rzetelności, która za szkielet ma chaotyczną wiedzę i wyostrzoną świadomość. Często widzę WŁASNE życie z lotu ptaka, jako całe dekady, już dokonane, złożone z podobnych dni, przez co tracę smak teraźniejszości, zapach chwili, dotyk momentu - coś co posiadasz Ty absolutnie. Moje życie jawi się wówczas jako stare, co może wynikać z rozczarowania ludźmi, może w Polsce, może w ogóle. Nie mogę więc w takiej sytuacji przyjmować scenariuszy życiowych jako pozytywnych bez wcześniejszego odrzucenia ich, odepchnięcia i oceny z dali, dystansu, z pełną surowością.
Czy działa to na mnie destrukcyjnie? Chyba nie - raczej czuję wewnętrzne dojrzewanie, nabieranie cierpkości, bez której niemożliwa jest wszelka wytrawność, czuje to bez złudzeń. Dokonane wybory traktuję jako moje, bez narzucania ich przez jakieś odgórne wartościowanie: rodzina - dobro, dziecko - dobro - tak... wyciągnąć po nich rękę z zupełnym dziewictwem, bez balastu, bez etykiet. Musze to robić na poważnie, odbierając sobie prawo do dróg na skróty.
Widzę czasem, jak moi bliscy zatapiają się w trywialności codziennych ruchów jak pajacyki na sznurkach, piękni w swych iluzjach, przestraszeni tym co mogliby odkryć, ponieważ nie wiedzą, że najstraszniejsza myśl staje się z czasem potulna i przychodzi jak pies po chwilę pieszczoty, bawiąc też właściciela dłoni. Ale nie popadajmy w nihilizm!
Mam w sobie radość świerszcza, jak pisał raz Nietzsche, ale tak jak Chrystusa, który nie uśmiechał się nigdy, nie raduje mnie odwrócenie się nas od spraw najważniejszych.
Człowiek - ta małpa, która potrafi konstruować rakiety i stąpać po obcych planetach, wynalazła coś takiego jak humor, co obok kciuka daje nam promyk szansy, że rozlejemy się kiedyś po gwiazdach - tego bym pragnął.
czwartek, 14 maja 2015
czwartek, 14 sierpnia 2014
Czwartek
W ostatnim czasie z A. poznaliśmy dwoje wybornych i otwartych Ludzi, od czasu do czasu pożyczających to to, to tamto i siamto, to i owo tak samo. Oddawali z ukłonem, zgięci naszym zaufaniem. A gdy tak szliśmy z A. po koszyczek malin, machali z balkonu wraz z dwoma córeczkami a może aniołami w niebieskim, radosnym baseniku. Czasem mężczyzna śmiał się z swej tuszy, gdy szedłem biegać do parku, po ścieżkach. Czasem był głośny gdy śmiał się gdzieś w głębi osiedla. Trzy dni, trzy noce temu basenik zniknął z balkonu a w oknach zniknęły firany. Tera jest ciszej i mniej o rodzinę cyganów. Ludzie wrócili w swoje zaświaty zmącone chwilowo przez nieosłoniętą dystansem, niechcianą, nieznaną odmienność. Trzy razy Nie to więcej niż dwoje tak. Dzisiaj odwiedziłem www-forum osiedla, choć nigdy tam (chyba?) nie byłem, przez głupiutką ciekawość. Pierwszy temat na liście problemów do rozwiązania brzmiał: "Cygani na osiedlu" - resztę już chyba znasz mój samotny dzienniczku, bo Zawsze działo się gdy oni tak... Czasem.
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
Poniedziałek
Nieśpieszna
podróż na Śląsk w ramach obowiązków służbowych. Nad autostradą księżyc,
napuchnięty, obrzmiały o barwie niedojrzałej pomarańczy. Noc. Katowice. W
pokoju parkiet w choinkę obudził wspomnienia z dawnych sal gimnastycznych, za
oknem neony, bezkształt, zatopienie w kosmos, latarnie. Miasto tak jak kobiety,
powinno oceniać się z rana, twierdził Marquez, więc rano odsłaniam brunatne
zasłony, by gapić się w nieumalowaną twarz miasta. U stóp hotelu wykopaliska,
roboty, remonty; nad nimi ławica ptaków flegmatyczna, leniwa jak mobilny glut,
jak smark mazany bez końca na niebie przez niewidzialny paluch.
W
holu na dole wita mnie A.Z., prelegent, znajomy, chiromanta. Potrafi czytać
z dłoni, nie umie czytać znaków drogowych, na ma prawa jazdy. Podróżuje więc pociągami
po Polsce i, miedzy jedną a drugą przerwą na papierosa, czyta w nich ludziom ich samych: zdrowie, długość życia, najbliżsi.
Nie daję wiary, uśmiecham się sceptycznie, gdy o tym mówi z błyszczącym okiem, na wszelki wypadek trzymam jednak ręce w kieszeniach.
Nie daję wiary, uśmiecham się sceptycznie, gdy o tym mówi z błyszczącym okiem, na wszelki wypadek trzymam jednak ręce w kieszeniach.
wtorek, 20 sierpnia 2013
Wtorek
„Drogi
wolności. Zwłoka.” Jean'a Paula Sartre w palcach ubrudzonych żółtawą farbą, odpoczynek.
Obok na szklanym stoliku skórzany hinduski notatnik z kamieniem w środku
okładki, pod ręką… w razie… na wszelki… na agnostyczne pacierze. Dwie dziewczynki-wróżki
w bialutkich sandałkach podskakują z wysiłku za murem mego tarasu – uprawiają czary.
Słowo zaklęcie to: Echo.
Ni
stąd ni zowąd zrywa się wiatr, rozplątują się włosy deszczu: rozczochranie,
uciekam, skłębienie, unikam, rozwichrzenie, uchodzę, nastroszenie, umykam. Wróżki
ulatują na swych mokrych skrzydełkach. Opadają kurtyny okiennych rolet. Dmie jak w „Koniu Turyńskim” Bela Tarra,
liście, upadek donic, więcej liści, potknięcie miotły. Godzina, dwie i trochę. Zawiewa. W tym wianiu bezkresnym ton osobny, szloch rozdarty, lament i wrzask niemowlaka…
Wyobrażam
sobie chrzest w deszczu: krople łez, kropidła i nieba zmieszane w jedno.
Zamknięcie
jednej z dróg…
Zaryglowanie myśli...
piątek, 12 kwietnia 2013
Piątek
Beethoven
zapytany pewnego razu o brak kobiety u jego boku powiedział podobno, że
akceptacja jego brzydoty przez jakąkolwiek damę byłaby oznaką braku smaku i
stylu, co z kolei dla niego jest wadą nie do przyjęcia. Dowcip i autoironia
pierwszej wody, godne naśladowania przy demontażu własnej powagi.
Pozorny
paradoks: w dwóch mieszkaniach płacę za prąd, którego nie używam, w trzecim
używam prądu, za który nie płacę. Nabyłem z A. mieszkanko, uzupełniane
miesięcznie paroma niezbędnikami - wprowadzenie - na szczęście – nadchodzi
nieodpartymi krokami - z gór Abarim widać już Ziemię Obiecaną.
poniedziałek, 11 lutego 2013
Poniedziałek
Dostrzegłem w swoim zachowaniu pewną prawidłowość, niepokojący syndrom. Popadłem w uzależnienie, wielkie, nigdy niekończące się ćpanie łańcuszka wielkich ludzi. Zaciągam się Hemingwayem, Nabokovem, czy Mannem, wstrzykuję Einsteina, Russela, Hawkinga, wciągam Nietzschego, Św. Augustyna, Kołakowskiego. A rzeczki mych żył niosą wartko jak kłody, rozmaite wnioski, różnorodne systemy, różnorakie przemyślenia. Zanurzenie, partnerowanie głębi, odurzenie, pasja. I gdy już nasycony po uszy, rozpoczynam finalny rozdział całego dzieła, jestem już odporny na znany narkotyk. Natychmiast potrzebuję czegoś nowego, innego, równie mocnego! Raz jeszcze, głodny, wyposzczony zmuszony jestem do poszukiwania nowego... kwiata maku.
piątek, 9 listopada 2012
Piatek
Spacery wśród czerwonych lasów barwistych, zespolenie z naturą, obcowanie z Nietzschem. Tako Rzecze Zaratustra oraz Ecco Homo: czytam je całym sobą (nie wiem czy inaczej się da), z poczuciem oszołomienia. To szklane kule, w których przebłyskują wydarzenia XX wieku. Po paru stronicach Zaratustry wiedziałem, że poznaję umysł wybitny, poznaję tytana. Góry, samotność i chłód gór były symbolem nadczłowieka Nietzschego, tam brzęk much i zgiełk targów nie miał prawa się wspiąć. Nieroztropni katolicy czasem kwitują Nietzschego stwierdzeniem: zwariował. Jakby było to rozwiązanie, na które zdecydował się ich Bóg, dla mnie w takim razie bezradny. Czy szaleństwo Nietzschego i gest z koniem przekreśliły cały Jego dorobek? Czy
złość Chrystusa na kupców w Świątyni zniweczyła Jego posłanie?
Czasem samotny robak, wspinając się po ścieżkach farbowanych lasów, raczy się myślami o życiu bez chrześcijaństwa, by zaraz porażony schodzić szybko do ludzi.
Czasem samotny robak, wspinając się po ścieżkach farbowanych lasów, raczy się myślami o życiu bez chrześcijaństwa, by zaraz porażony schodzić szybko do ludzi.
wtorek, 11 września 2012
Wtorek
Wizyta
u ciotki R. Zwiędnięta, ale i zwinięta, przytwierdzona do biodra ręka
wuja wita mnie w progu. Za nią przedpokój, gdzie marsz, korowód witalnych rąk,
wypiętych policzków pełnych krążenia, witamin i tlenu. Pokój zaścielony do
wizyt. Wybór miejsc, osiadanie, siadanie, rozsiadywanie.
Nad stołem czarne zygzaki, krucze linie
flamastrów, kreślone kreski muszym ruchem błyskawicznym, orbitalnym.
Na stole piętrowe, pofarbowane papuzio
ciasta. („Wieża Babel” Bruegla)
Przy stole plastyczna, acz krótka
rozmowa o cechach much wiejskich i miejskich (?).
Pod stołem usychająca prawica, powolne,
odcinkowe konanie, niezauważalne jak ruch kontynentów.
JEDZENIE-UMIERANIE.
Ciotka R. ratuje apetyty zebranych, zrywa się, by mordować owady łapką (!). Deszczyk denatów, trupy bez tchu spadają na dywan po falach firany. Gospodarz odprawia nóż, karmi się zdrową ręką, podczas gdy druga wysycha, jak gałąź by wzmocnić sokami drzewo.
AGONIA-ODŻYWIANIE.
Ciotka R. ratuje apetyty zebranych, zrywa się, by mordować owady łapką (!). Deszczyk denatów, trupy bez tchu spadają na dywan po falach firany. Gospodarz odprawia nóż, karmi się zdrową ręką, podczas gdy druga wysycha, jak gałąź by wzmocnić sokami drzewo.
AGONIA-ODŻYWIANIE.
W pewnym momencie do pokoju wchodzi gość zwiększający natężenie kontrastu, rozdarcia jednoczesnego posilania i obumierania. Dysonans. Starszy mężczyzna z umierającą lewą ręką, jako uzupełnienie tamtej prawej niemal wyschniętej, podwiniętej. Siada, zasiada. „21 lat niesprawna” – wskazuje na nie całkiem nieżywą
lewicę. Córka rozściela mu serwetę pod brodą, nalewa kawy. On odprawia, jak tamten poprzednio, nóż i zaczyna konsumować! KONANIE
podwójne, synchroniczne, przy podwójnym, równoległym ZAJADANIU!
Bezpowrotnie
utracona leworęczność. (J.Pilch)
Bezpowrotnie
utracona praworęczność. (?)
Dość.
wtorek, 28 sierpnia 2012
Wtorek
Jeden z myślicieli
francuskich (nazwiska nie mam teraz pod ręką) ustalił okres wynalezienia przez
cywilizację dzieciństwa i jego śmierci. Pomyślmy. Ten bajeczny poniekąd okres
pojawił się, gdy życie ludzkie wydłużyło się w następstwie postępu medycyny i
lepszego odżywiania (mimo nie znajomości witamin i minerałów). Dorosłość
zrobiła krok naprzód, pozostawiając lukę, w którą wcisnęło się dzieciństwo, a trzech
rozmawiających na trotuarze starców przestało być obiektem sensacji. Wcześniej
człowiek, mając średnio trzydzieści pięć lat życia w kapeluszu, szybko dojrzewał,
co tchu stawiał czoło związanym z tym konsekwencjom, i młodo umierał. Pamiętam,
że Staś z „W Pustyni i w Puszczy” mojemu pokoleniu wydawał się nad wyraz
rozwinięty, ale nikogo ze współczesnych mu ludzi nie dziwił obraz
kilkunastoletniego dorosłego radzącego sobie z napierającą naturą. Filozof ów
stawia tezę, że dzieciństwo skończyło się wraz z powstaniem masowej telewizji,
która z kolei mi wydaje się doskonałym antidotum na wynaleziony w XIX
wieku inny wynalazek: wolny czas (powstał w wyniku zaspokajania potrzeb i
skutecznych strajków walczących o krótszy dzień pracy). Konkluzja pełna dramatu: telewizja bez
względu na treść i formę ma tendencje mordercze, jest legalnie używaną od lat 50-ych bronią
masowego rażenia, gdyż zabija ludzi, którymi moglibyśmy być, zastępując ich mniej
lub bardziej udanymi cieniami nas samych.
czwartek, 9 sierpnia 2012
Czwartek
Zastrzegłem dzienniczku, że nie będę przytaczał fragmentów dzieł innych autorów, ale tym razem nie mogłem się powstrzymać. Myślę, że mi wybaczysz:
„Ja Kubuś Puchatek,
nagle muszę rozmyślać o sprawach za trudnych dla mego małego rozumku. Nigdy nie
zastanawiałem się nad tym, co tam jest za naszym ogrodem, w którym
zamieszkaliśmy ja, Prosiaczek, Królik i Kłapouchy z naszym przyjacielem
Krzysiem. To znaczy my mieszkamy tutaj dalej i nic się nie zmieniło, i właśnie
zjadłem z baryłeczki miodu moje małe co nieco, tylko Krzyś odszedł na chwilę.
Sowa Przemądrzała mówi, że zaraz za naszym ogrodem zaczyna się Czas, a to jest
taka studnia strasznie głęboka, w którą kiedy tylko ktoś wpadnie, leci i leci w
dół, aż nie wiadomo, co się z nim potem dzieje. Martwiłem się trochę o Krzysia,
żeby tam nie wpadł, ale wrócił i wtedy zapytałem go o tę studnię. „Puchatku-
powiedział- byłem w niej i spadałem, i zmieniałem się spadając, nogi zrobiły mi
się długie, byłem duży, nosiłem spodnie do ziemi i broda mi urosła, potem
posiwiałem, zgarbiłem się, chodziłem o lasce i wreszcie umarłem. Pewnie to
wszystko mi się tylko śniło, bo było jakieś nieprawdziwe. Zawsze dla mnie
prawdziwy byłeś tylko ty, Puchatku, i nasze wspólne zabawy. Teraz już nigdzie nie
odejdę, nawet gdyby zawołali mnie na podwieczorek”.
- Czesław Miłosz pod koniec życia w hołdzie autorowi Kubusia Puchatka, Alanowi Alexandrowi Milne
środa, 8 sierpnia 2012
Środa
Nietzsche, Russell, Hawking, Gombrowicz wpłynęli na ostrość widzenia nas samych,
wynurzyli ponad ocean z ludzi, nad którego powierzchnią panuje samotnie czarna noc. Zapraszamy za kulisy iluzji - mówią. - gdzie spoczywają rekwizyty i garderoba, a
człowiek jest jedynie nagim, nieistotnym zwierzęciem. Trzeba uważać, to potężne myśli. Od ich filtrowania mam srebrny osad na skroniach. Jesteśmy w innym miejscu niż nasi przodkowie: kosmologia odebrała naszej planecie znaczenie, demografia i pieniądz odebrały jednostce istotność. Co godzinę przybywa
na ziemi dziewięć i pół tysiąca ludzi, a ilu umiera, ilu rodzi się na ich miejsce? Bóg
tam, wysoko w niebie, ma chyba prawdziwą fabrykę dusz. Miłosz pisał, że Bóg powinien być starcem z brodą spacerującym po niebiańskich polanach. Czy ten starzec (wszechmogący), znając mój kres (w piekle) wplótłby mnie - mimo wszystko - w swój plan produkcyjny i kazał się zwać miłosiernym? Wiara jednak przekracza paradoksy, w tym ma przewagę nad tzw. rozumem.
piątek, 3 sierpnia 2012
Piątek
Krótka, ale prawdziwa historia o metafizyce
Miejsce akcji: RedakcjaCzas akcji: Jeden z letnich dni przed godziną szesnastą
Osoby: Buddysta, Katolik-Ortodoks, Racjonalista-Humanista, Mucha pierwsza, Mucha druga
Scena pierwsza - ostatnia
Buddysta, Katolik i Racjonalista siedzą przy biurku tego ostatniego, pracują. Do pomieszczenia wleciały dwie muchy, przeszkadzają. Praca zostaje przerwana.
niedbale, jakby do siebie, stąpając bez celu po biurku Katolika-Ortodoksa
Bzzz, bzzz, bzz.
KATOLIK-ORTODOKS
z grymasem obrzydzenia trzymając gazetę transportową w dłoni, z zamiarem zamachu na muchę
No, chodź tu, chodź tu, "koleżanko".
po zabiciu i strzepnięciu muchy
Ścierwo.
BUDDYSTA
w chwili morderstwa,
Hola, Hola, stop, fuj, pas.
po, niekontent
To mógł być każdy z nas.
KATOLIK-ORTODOKS
z miną znawcy prawdy
Ziemię Bóg dał mi poddaną
Mucha Budda, to nie Anioł.
MUCHA DRUGA
chodząc po monitorze Racjonalisty-Humanisty, jakby nieświadoma faktów
Bzzzz...
po kilku krokach i chwili milczenia
Bzz, bzzz.
siada na policzku Buddysty, który zastyga
RACJONALISTA-HUMANISTA
Zniecierpliwiony, łapiąc w dłoń muchę
Mam!
podekscytowany swoją zręcznością przykłada pięść do ucha Buddysty
Słuchaj, jest.
BUDDYSTA
słuchając, z troską w głosie
Nie zabijaj.
KATOLIK- ORTODOKS
obojętnie
Zabij.
Racjonalista wynosi muchę na balkon i puszcza wolno.
Praca zostaje kontynuowana.
czwartek, 5 lipca 2012
Czwartek
Na dnie mych relacji z Człowiekiem ze Wsi tkwi wbita w muł i zaplątana w wodorost z bajora niezręczność. Ich rozmowy o wczorajszym kotlecie z ziemniaczkami z pietruszką - mdławe, o żylakach ciotki Marysi - lepkie, o samochodzie (uwaga: nie filozofującego) kuzyna - budyniowate. Brak w nich nie ciężaru, ale choćby ciężarka co by nadał słowom wagi i zmusił do uwagi. Mimo to trzymam się półdupkiem ich krzesła, ręką ich stołu, okiem ich ust, bo w zderzeniu z nimi - bez cienia ironii - jestem Niepraktyczny. Ten grunt niejednokrotnie mi samemu umyka, bo w ostateczności potrafię zawodowo jedynie Pisać. Ale dla nich to ulotność, motyl, babie lato i Ja to rozumiem, gdyż sam nierzadko odczuwam brak zakotwiczenia w przenajświętszym postępie kariery; łatwopalność efektów: papier, mój panie, papier. Dlatego w odróżnieniu od "rozmów" przy stole, ja wolę zwiedzać, wąchać. Z uwielbieniem sunę wzrokiem za palcem gospodarza, gdy ten pokazuje mi pole, zbity nad ranem płot, soczyście trawiaste poletko, poszerzone przepastne szambo i znój, i pot, i mordęgę w to wszystko włożone. Mam wtedy te znane, specyficzne poczucie opuszczenia ciała, które dają mi najlepsze lektury. Tu ich przewaga, tu byt i tu też modlitwa, myślę podczas gapienia się.
Na ile jednak oni żyją prawdziwie? Gide pisał o pozorności naturalnego życia zgodnego z prawem instynktów. Oni żyją w niewolnictwie swych wyobrażeń o rolach jakie grają, pisał. Odgrywają rolnika, udają listonosza nie wiedząc o tym. Może to prawda, ale według mnie robią to pięknie, mój panie, po prostu pięknie.
środa, 4 kwietnia 2012
Środa
Poniedziałkowe zebrania w salce, nauki. Stadna modlitwa na
siedząco, na powitanie i pożegnanie, jak znana okładka, nieznanej książki.
Mówię. Mój głos złączony z innymi dźwięczy obok mnie i dalej, jakbym oglądał to
przez lornetkę. Zerkam. Szczęki podpięte pod czaszki pracują, u niejednego,
niejednej, powieki odbywają spotkanie. Wszystko zgodne, jak na wojskowej
przysiędze, czasem ktoś się spóźni, ktoś źle wystartuje. Lecz coś tu podszyte
pod tą zgodnością, pod skórą słów licho pracuje. Czuję przez uszy, że my to na
siłę, wbrew sobie, bo razem. Zakłopotanie jakieś nieodczuwalne prawie, mimo to,
jakbyśmy bez spodni co najmniej stali (choć siedzimy) i z uwagi na chwilową potrzebę
przebywania grali, że wszystko gra, gra ta gitara. A tu żeby przeżyć, przetrwać
godzinę oczywistości, wypowiadam słowa, co z rzadka prywatnie wymawiam i wtedy
też przed samym sobą rumienie się, prosząc dla siebie o nieśmiertelność a dla
innych o fortunę. Czuję, że to mi paskudzi modlitwę, choć pobożny nie jestem. Amen.
Rusza treść spotkania, obecni rozchodzą się w myślach.
poniedziałek, 2 kwietnia 2012
Poniedziałek
Dzieci pokolorowały chodniki wewnątrz parceli. Przy
ufarbowanych najróżniej ulicach stoją niezbędne do życia owocowe budowle. Mam
doskonały rzut z góry na mapę dostępnego w ich głowach świata. Żółto-niebieskie
domy, na rogu czerwona apteka, zielona szkoła, granatowo-różowe Tesco, gdzie
szkraby, niczym dorośli, płacą kartonowymi kartami kredytowymi. Krótkie
odwiedziny w świecie dorosłych przerywa deszcz rozpuszczający nietrwałe miasto.
Wieczorami na sklepieniu Jowisz, Wenus, Mars widziane gołym
okiem, mówią na kablach, że szczególnie rzadkie zjawisko. Nie wiem czy coś we wszechświecie może być rzadkie lub częste, prócz życia. Teleskopy sięgają w głąb kosmosu na 14 miliardów lat w przeszłość. Patrzymy. Za tą granicą czarno i
głucho, nic nie widzimy, gdyż światło nie zdążyło do nas dolecieć. To co widziane nie jest granicą wszechświata. Dziś już wiemy, że kosmos ukryty za niepokonaną przestrzenią jest sto miliardów bilionów razy większy niż ten
widzialny. Ta wiedza pobudza potwora, chcę paść na kolana, chwycić w dłoń kredkę, zacząć rysować.
P.S. Narodziny i Agonia Boga, jak w wierszu Różewicza.
P.S. Narodziny i Agonia Boga, jak w wierszu Różewicza.
piątek, 16 marca 2012
Piątek
Machina zdarzeń rzuca mnie na krawędź stolicy. Niesformowana struktura kawałka Warszawy napiera nieznanymi twarzami, łóżkiem, fotelem i szklanką, które tymczasowo stały się moje. Struktura relacji, umiejscowione przedmioty, niepewność jakaś, dezorientacja pobudzająca nerwowość - gryzę wargę, drapię rękę, zerkam na hotelowe wnętrze. W pobliżu recepcji gesty moje infantylne, nadrabianie uśmiechem, kulturą, sztucznością. Łażę bez celu, bez miejsca wyjścia.
Za szklaną ścianą obcy jegomość przechadza się po galerii, pali, zerka na rzeźbę kamienną, i znowu pali, spokojny. Najwyraźniej znajomy smak umożliwia mu oswojenie. Ruszam jego śladami, proszę o jednego, zapalam. Zakotwiczam się w punkcie, w znanym, przyspieszam proces przyzwyczajenia, wymieniam uwagi. Lecz... co to? Postaci miedzy drzewami, zastygłe posągi jako emblematy zmysłów człowieczych. Potęga ekspresji, kamienna pantomima z krzykiem napierającej obiektywnej rzeczywistości. "Smak", choć bardziej "niesmak" najsłabiej wyraźny przewodzi kolumnie zmierzającej do ukształtowanego człowieka, czekającego z rękami spuszczonymi wzdłuż tułowia. "Dotyk" nieledwie zmysłowy, świetnie oddany. "Węch" zamyślony. "Wzrok" i "Słuch" jak bracia, ale co to? Brane z osobna posągi wtrącają w zadumę, gdy jednak je sumuję, złączam, wszystkie razem zdają się krzyczeć, rozdzierać: ZBYT WIELE!!! Zdjęcie, zdjęcie, uciekam.
Za szklaną ścianą obcy jegomość przechadza się po galerii, pali, zerka na rzeźbę kamienną, i znowu pali, spokojny. Najwyraźniej znajomy smak umożliwia mu oswojenie. Ruszam jego śladami, proszę o jednego, zapalam. Zakotwiczam się w punkcie, w znanym, przyspieszam proces przyzwyczajenia, wymieniam uwagi. Lecz... co to? Postaci miedzy drzewami, zastygłe posągi jako emblematy zmysłów człowieczych. Potęga ekspresji, kamienna pantomima z krzykiem napierającej obiektywnej rzeczywistości. "Smak", choć bardziej "niesmak" najsłabiej wyraźny przewodzi kolumnie zmierzającej do ukształtowanego człowieka, czekającego z rękami spuszczonymi wzdłuż tułowia. "Dotyk" nieledwie zmysłowy, świetnie oddany. "Węch" zamyślony. "Wzrok" i "Słuch" jak bracia, ale co to? Brane z osobna posągi wtrącają w zadumę, gdy jednak je sumuję, złączam, wszystkie razem zdają się krzyczeć, rozdzierać: ZBYT WIELE!!! Zdjęcie, zdjęcie, uciekam.
czwartek, 2 lutego 2012
Czwartek
Nie należę do ludzi szukających tomów Wisławy Szymborskiej po antykwariatach i księgarniach, i tak pozostanie, choć teraz będzie to prostsze, drukarnie podobno ruszyły. Z poezją pani Wisławy obcowałem w znacznej mierze podczas okazjonalnych wizyt u koleżanek z liceum. Na korkowych tablicach wiersze towarzyszące artefaktom nieukształtowanych jeszcze osobowości mówiły mi wiele o chwilach samotności tychże dziewczyn, a także o świecie, którego nie znałem. Całkiem niedawno oglądałem o Niej dokument z Katarzyną Kolendą-Zalewską, w którym Noblistka ukazała się jako osoba niezmiernie pogodna, migocąca tak, że uśmiechałem się wraz z nią bezwarunkowo, po prostu. Ci, którzy mieli szczęście poznać Ją bliżej, wspominają Jej bezpretensjonalność, „Przeciw poetom” Gombrowicza nie odnosiło się do jej przypadku. Podobno kochała limeryki, kicz, palenie. Piszę o Niej tak, jakbym Ją znał osobiście, gdyż de facto tak było, miałem kilkukrotną przyjemność spotkać w swoim życiu Ciepło mające uniwersalną postać, tak łatwo rozpoznawalne pod każdym równoleżnikiem.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Poniedziałek
„Literatura i malarstwo. Korespondencja sztuk” otwierają malowidła z Lascaux odkryte incydentalnie przez Marcela Ravidat w 1940 roku. Od tamtej pory jaskinia z Lascaux jest nie tylko najdawniejszym (15 tys. lat) utrwalonym malowidłem cywilizacji, ale jednocześnie pierwszą książką świata, pradziennikiem wyrwanego z natury człowieka. Był to czas, gdy malarstwo i literatura stanowiły nierozerwalną jedność, monolit, przy pomocy którego jednostka opisywała byt społeczny, rzeczywistość swojego stada. Jednak przed poczwarką presztuki leżało nowe, zapisane w jej wnętrzu zadanie, zasada dziejów, postępu domagała się kolejnych kroków. Z czasem obrazy zatęskniły za linią ruchu, biegiem bizona, falbaną ognia, „papierosem” autora Kosmosu, dlatego z upływem wieków przepoczwarzały się, przekształcały, przeobrażały w znaki, symbole, hieroglify, ostatecznie ewoluując w pięknego motyla: słowo pisane. Malarstwo i pismo przestały być tożsame, stały się osobnymi środkami wyrazu. W historii służyły Bogu, porządkowi, rewolucjom i dyktatorom, pamięci i rozwojowi, lecz przeważnie wyrażeniu, wypowiedzeniu się pojedynczej jednostki.
poniedziałek, 9 stycznia 2012
Poniedziałek
Intrygujący Bertrand Russell. Odświeżając Platona, natrafiłem na pełną podziwu wzmiankę Leszka Kołakowskiego o długowiecznym filozofie, logiku i matematyku, Bertrandzie Russellu. Jego twierdzenie o obiektywnym istnieniu uniwersaliów matematycznych pokryło się z moją skromną opinią z rozmowy z K. o niezależnym od ludzkości kodzie muzycznym, odkrywanym przez kolejnych geniuszy nut. Russell stał na stanowisku, że liczby istnieją niezależnie od bytu człowieka, tzn. siedem jest liczbą pierwszą, czy nam się to podoba, czy nie, zasada jest starsza niż my, Ludzkość. Ziemia mogłaby nie istnieć, zasada trwałaby nadal. Jawi się tutaj nić łącząca Anglika z Platonem, orędownikiem uniwersaliów moralnych, etycznych i rzeczy – obiektywnych bytów doskonałych, których rzeczywistość zmysłowa jest niewyraźnym odbiciem. Według Platona wiemy, że coś jest sprawiedliwe, czerwone, czy okrągłe ponieważ doskonałe idee tych bytów funkcjonują autonomicznie, obiektywnie, poza naszą rzeczywistością. Russell skoncentrował się jedynie na matematyce, za obiektywne i niezmienne uznając jej zasady.
Na podobnej zasadzie działa kod muzyczny. Idea, potencjał, możliwość powstania pierwszej symfonii Beethovena istniała we wszechświecie zanim jego pradziad postanowił zejść z drzewa. Potrzebne były: odpowiednia ilość czasu, zawieruchy cywilizacji i genialna jednostka, wielki Duch zdolny do inżynierii nut, skonstruowania właściwego kodu opartego na znanych instrumentach, których istnienie zresztą, było również wpisane w pierwotny potencjał świata (kombinacja pierwiastków). Czyli istnieje możliwość napisania sonaty, koncertu smyczkowego lub fortepianowego, którą w chwili natchnienia lub tytanicznej pracy zrealizuje jutro, spacerujący właśnie po parku kompozytor.
P.S. Jakaś wsteczność kreacji wystawia łepek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







