Machina zdarzeń rzuca mnie na krawędź stolicy. Niesformowana struktura kawałka Warszawy napiera nieznanymi twarzami, łóżkiem, fotelem i szklanką, które tymczasowo stały się moje. Struktura relacji, umiejscowione przedmioty, niepewność jakaś, dezorientacja pobudzająca nerwowość - gryzę wargę, drapię rękę, zerkam na hotelowe wnętrze. W pobliżu recepcji gesty moje infantylne, nadrabianie uśmiechem, kulturą, sztucznością. Łażę bez celu, bez miejsca wyjścia.
Za szklaną ścianą obcy jegomość przechadza się po galerii, pali, zerka na rzeźbę kamienną, i znowu pali, spokojny. Najwyraźniej znajomy smak umożliwia mu oswojenie. Ruszam jego śladami, proszę o jednego, zapalam. Zakotwiczam się w punkcie, w znanym, przyspieszam proces przyzwyczajenia, wymieniam uwagi. Lecz... co to? Postaci miedzy drzewami, zastygłe posągi jako emblematy zmysłów człowieczych. Potęga ekspresji, kamienna pantomima z krzykiem napierającej obiektywnej rzeczywistości. "Smak", choć bardziej "niesmak" najsłabiej wyraźny przewodzi kolumnie zmierzającej do ukształtowanego człowieka, czekającego z rękami spuszczonymi wzdłuż tułowia. "Dotyk" nieledwie zmysłowy, świetnie oddany. "Węch" zamyślony. "Wzrok" i "Słuch" jak bracia, ale co to? Brane z osobna posągi wtrącają w zadumę, gdy jednak je sumuję, złączam, wszystkie razem zdają się krzyczeć, rozdzierać: ZBYT WIELE!!! Zdjęcie, zdjęcie, uciekam.
piątek, 16 marca 2012
czwartek, 2 lutego 2012
Czwartek
Nie należę do ludzi szukających tomów Wisławy Szymborskiej po antykwariatach i księgarniach, i tak pozostanie, choć teraz będzie to prostsze, drukarnie podobno ruszyły. Z poezją pani Wisławy obcowałem w znacznej mierze podczas okazjonalnych wizyt u koleżanek z liceum. Na korkowych tablicach wiersze towarzyszące artefaktom nieukształtowanych jeszcze osobowości mówiły mi wiele o chwilach samotności tychże dziewczyn, a także o świecie, którego nie znałem. Całkiem niedawno oglądałem o Niej dokument z Katarzyną Kolendą-Zalewską, w którym Noblistka ukazała się jako osoba niezmiernie pogodna, migocąca tak, że uśmiechałem się wraz z nią bezwarunkowo, po prostu. Ci, którzy mieli szczęście poznać Ją bliżej, wspominają Jej bezpretensjonalność, „Przeciw poetom” Gombrowicza nie odnosiło się do jej przypadku. Podobno kochała limeryki, kicz, palenie. Piszę o Niej tak, jakbym Ją znał osobiście, gdyż de facto tak było, miałem kilkukrotną przyjemność spotkać w swoim życiu Ciepło mające uniwersalną postać, tak łatwo rozpoznawalne pod każdym równoleżnikiem.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Poniedziałek
„Literatura i malarstwo. Korespondencja sztuk” otwierają malowidła z Lascaux odkryte incydentalnie przez Marcela Ravidat w 1940 roku. Od tamtej pory jaskinia z Lascaux jest nie tylko najdawniejszym (15 tys. lat) utrwalonym malowidłem cywilizacji, ale jednocześnie pierwszą książką świata, pradziennikiem wyrwanego z natury człowieka. Był to czas, gdy malarstwo i literatura stanowiły nierozerwalną jedność, monolit, przy pomocy którego jednostka opisywała byt społeczny, rzeczywistość swojego stada. Jednak przed poczwarką presztuki leżało nowe, zapisane w jej wnętrzu zadanie, zasada dziejów, postępu domagała się kolejnych kroków. Z czasem obrazy zatęskniły za linią ruchu, biegiem bizona, falbaną ognia, „papierosem” autora Kosmosu, dlatego z upływem wieków przepoczwarzały się, przekształcały, przeobrażały w znaki, symbole, hieroglify, ostatecznie ewoluując w pięknego motyla: słowo pisane. Malarstwo i pismo przestały być tożsame, stały się osobnymi środkami wyrazu. W historii służyły Bogu, porządkowi, rewolucjom i dyktatorom, pamięci i rozwojowi, lecz przeważnie wyrażeniu, wypowiedzeniu się pojedynczej jednostki.
poniedziałek, 9 stycznia 2012
Poniedziałek
Intrygujący Bertrand Russell. Odświeżając Platona, natrafiłem na pełną podziwu wzmiankę Leszka Kołakowskiego o długowiecznym filozofie, logiku i matematyku, Bertrandzie Russellu. Jego twierdzenie o obiektywnym istnieniu uniwersaliów matematycznych pokryło się z moją skromną opinią z rozmowy z K. o niezależnym od ludzkości kodzie muzycznym, odkrywanym przez kolejnych geniuszy nut. Russell stał na stanowisku, że liczby istnieją niezależnie od bytu człowieka, tzn. siedem jest liczbą pierwszą, czy nam się to podoba, czy nie, zasada jest starsza niż my, Ludzkość. Ziemia mogłaby nie istnieć, zasada trwałaby nadal. Jawi się tutaj nić łącząca Anglika z Platonem, orędownikiem uniwersaliów moralnych, etycznych i rzeczy – obiektywnych bytów doskonałych, których rzeczywistość zmysłowa jest niewyraźnym odbiciem. Według Platona wiemy, że coś jest sprawiedliwe, czerwone, czy okrągłe ponieważ doskonałe idee tych bytów funkcjonują autonomicznie, obiektywnie, poza naszą rzeczywistością. Russell skoncentrował się jedynie na matematyce, za obiektywne i niezmienne uznając jej zasady.
Na podobnej zasadzie działa kod muzyczny. Idea, potencjał, możliwość powstania pierwszej symfonii Beethovena istniała we wszechświecie zanim jego pradziad postanowił zejść z drzewa. Potrzebne były: odpowiednia ilość czasu, zawieruchy cywilizacji i genialna jednostka, wielki Duch zdolny do inżynierii nut, skonstruowania właściwego kodu opartego na znanych instrumentach, których istnienie zresztą, było również wpisane w pierwotny potencjał świata (kombinacja pierwiastków). Czyli istnieje możliwość napisania sonaty, koncertu smyczkowego lub fortepianowego, którą w chwili natchnienia lub tytanicznej pracy zrealizuje jutro, spacerujący właśnie po parku kompozytor.
P.S. Jakaś wsteczność kreacji wystawia łepek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







