Spacery wśród czerwonych lasów barwistych, zespolenie z naturą, obcowanie z Nietzschem. Tako Rzecze Zaratustra oraz Ecco Homo: czytam je całym sobą (nie wiem czy inaczej się da), z poczuciem oszołomienia. To szklane kule, w których przebłyskują wydarzenia XX wieku. Po paru stronicach Zaratustry wiedziałem, że poznaję umysł wybitny, poznaję tytana. Góry, samotność i chłód gór były symbolem nadczłowieka Nietzschego, tam brzęk much i zgiełk targów nie miał prawa się wspiąć. Nieroztropni katolicy czasem kwitują Nietzschego stwierdzeniem: zwariował. Jakby było to rozwiązanie, na które zdecydował się ich Bóg, dla mnie w takim razie bezradny. Czy szaleństwo Nietzschego i gest z koniem przekreśliły cały Jego dorobek? Czy
złość Chrystusa na kupców w Świątyni zniweczyła Jego posłanie?
Czasem samotny robak, wspinając się po ścieżkach farbowanych lasów, raczy się myślami o życiu bez chrześcijaństwa, by zaraz porażony schodzić szybko do ludzi.
piątek, 9 listopada 2012
wtorek, 11 września 2012
Wtorek
Wizyta
u ciotki R. Zwiędnięta, ale i zwinięta, przytwierdzona do biodra ręka
wuja wita mnie w progu. Za nią przedpokój, gdzie marsz, korowód witalnych rąk,
wypiętych policzków pełnych krążenia, witamin i tlenu. Pokój zaścielony do
wizyt. Wybór miejsc, osiadanie, siadanie, rozsiadywanie.
Nad stołem czarne zygzaki, krucze linie
flamastrów, kreślone kreski muszym ruchem błyskawicznym, orbitalnym.
Na stole piętrowe, pofarbowane papuzio
ciasta. („Wieża Babel” Bruegla)
Przy stole plastyczna, acz krótka
rozmowa o cechach much wiejskich i miejskich (?).
Pod stołem usychająca prawica, powolne,
odcinkowe konanie, niezauważalne jak ruch kontynentów.
JEDZENIE-UMIERANIE.
Ciotka R. ratuje apetyty zebranych, zrywa się, by mordować owady łapką (!). Deszczyk denatów, trupy bez tchu spadają na dywan po falach firany. Gospodarz odprawia nóż, karmi się zdrową ręką, podczas gdy druga wysycha, jak gałąź by wzmocnić sokami drzewo.
AGONIA-ODŻYWIANIE.
Ciotka R. ratuje apetyty zebranych, zrywa się, by mordować owady łapką (!). Deszczyk denatów, trupy bez tchu spadają na dywan po falach firany. Gospodarz odprawia nóż, karmi się zdrową ręką, podczas gdy druga wysycha, jak gałąź by wzmocnić sokami drzewo.
AGONIA-ODŻYWIANIE.
W pewnym momencie do pokoju wchodzi gość zwiększający natężenie kontrastu, rozdarcia jednoczesnego posilania i obumierania. Dysonans. Starszy mężczyzna z umierającą lewą ręką, jako uzupełnienie tamtej prawej niemal wyschniętej, podwiniętej. Siada, zasiada. „21 lat niesprawna” – wskazuje na nie całkiem nieżywą
lewicę. Córka rozściela mu serwetę pod brodą, nalewa kawy. On odprawia, jak tamten poprzednio, nóż i zaczyna konsumować! KONANIE
podwójne, synchroniczne, przy podwójnym, równoległym ZAJADANIU!
Bezpowrotnie
utracona leworęczność. (J.Pilch)
Bezpowrotnie
utracona praworęczność. (?)
Dość.
wtorek, 28 sierpnia 2012
Wtorek
Jeden z myślicieli
francuskich (nazwiska nie mam teraz pod ręką) ustalił okres wynalezienia przez
cywilizację dzieciństwa i jego śmierci. Pomyślmy. Ten bajeczny poniekąd okres
pojawił się, gdy życie ludzkie wydłużyło się w następstwie postępu medycyny i
lepszego odżywiania (mimo nie znajomości witamin i minerałów). Dorosłość
zrobiła krok naprzód, pozostawiając lukę, w którą wcisnęło się dzieciństwo, a trzech
rozmawiających na trotuarze starców przestało być obiektem sensacji. Wcześniej
człowiek, mając średnio trzydzieści pięć lat życia w kapeluszu, szybko dojrzewał,
co tchu stawiał czoło związanym z tym konsekwencjom, i młodo umierał. Pamiętam,
że Staś z „W Pustyni i w Puszczy” mojemu pokoleniu wydawał się nad wyraz
rozwinięty, ale nikogo ze współczesnych mu ludzi nie dziwił obraz
kilkunastoletniego dorosłego radzącego sobie z napierającą naturą. Filozof ów
stawia tezę, że dzieciństwo skończyło się wraz z powstaniem masowej telewizji,
która z kolei mi wydaje się doskonałym antidotum na wynaleziony w XIX
wieku inny wynalazek: wolny czas (powstał w wyniku zaspokajania potrzeb i
skutecznych strajków walczących o krótszy dzień pracy). Konkluzja pełna dramatu: telewizja bez
względu na treść i formę ma tendencje mordercze, jest legalnie używaną od lat 50-ych bronią
masowego rażenia, gdyż zabija ludzi, którymi moglibyśmy być, zastępując ich mniej
lub bardziej udanymi cieniami nas samych.
czwartek, 9 sierpnia 2012
Czwartek
Zastrzegłem dzienniczku, że nie będę przytaczał fragmentów dzieł innych autorów, ale tym razem nie mogłem się powstrzymać. Myślę, że mi wybaczysz:
„Ja Kubuś Puchatek,
nagle muszę rozmyślać o sprawach za trudnych dla mego małego rozumku. Nigdy nie
zastanawiałem się nad tym, co tam jest za naszym ogrodem, w którym
zamieszkaliśmy ja, Prosiaczek, Królik i Kłapouchy z naszym przyjacielem
Krzysiem. To znaczy my mieszkamy tutaj dalej i nic się nie zmieniło, i właśnie
zjadłem z baryłeczki miodu moje małe co nieco, tylko Krzyś odszedł na chwilę.
Sowa Przemądrzała mówi, że zaraz za naszym ogrodem zaczyna się Czas, a to jest
taka studnia strasznie głęboka, w którą kiedy tylko ktoś wpadnie, leci i leci w
dół, aż nie wiadomo, co się z nim potem dzieje. Martwiłem się trochę o Krzysia,
żeby tam nie wpadł, ale wrócił i wtedy zapytałem go o tę studnię. „Puchatku-
powiedział- byłem w niej i spadałem, i zmieniałem się spadając, nogi zrobiły mi
się długie, byłem duży, nosiłem spodnie do ziemi i broda mi urosła, potem
posiwiałem, zgarbiłem się, chodziłem o lasce i wreszcie umarłem. Pewnie to
wszystko mi się tylko śniło, bo było jakieś nieprawdziwe. Zawsze dla mnie
prawdziwy byłeś tylko ty, Puchatku, i nasze wspólne zabawy. Teraz już nigdzie nie
odejdę, nawet gdyby zawołali mnie na podwieczorek”.
- Czesław Miłosz pod koniec życia w hołdzie autorowi Kubusia Puchatka, Alanowi Alexandrowi Milne
środa, 8 sierpnia 2012
Środa
Nietzsche, Russell, Hawking, Gombrowicz wpłynęli na ostrość widzenia nas samych,
wynurzyli ponad ocean z ludzi, nad którego powierzchnią panuje samotnie czarna noc. Zapraszamy za kulisy iluzji - mówią. - gdzie spoczywają rekwizyty i garderoba, a
człowiek jest jedynie nagim, nieistotnym zwierzęciem. Trzeba uważać, to potężne myśli. Od ich filtrowania mam srebrny osad na skroniach. Jesteśmy w innym miejscu niż nasi przodkowie: kosmologia odebrała naszej planecie znaczenie, demografia i pieniądz odebrały jednostce istotność. Co godzinę przybywa
na ziemi dziewięć i pół tysiąca ludzi, a ilu umiera, ilu rodzi się na ich miejsce? Bóg
tam, wysoko w niebie, ma chyba prawdziwą fabrykę dusz. Miłosz pisał, że Bóg powinien być starcem z brodą spacerującym po niebiańskich polanach. Czy ten starzec (wszechmogący), znając mój kres (w piekle) wplótłby mnie - mimo wszystko - w swój plan produkcyjny i kazał się zwać miłosiernym? Wiara jednak przekracza paradoksy, w tym ma przewagę nad tzw. rozumem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)